Wpisane 13:02, 1 lipiec 2009 przez admin

CoverDzisiaj dostałem świeżutkie nagrania Riverside. Album nosii tytuł ADHD (Anno Domini High Definition). Płyta aktualnie znajduje się na pierwszej pozycji w rankingu OLIS. Ludzie przecież wiedzą co kupować.

Fajnie, na pewno będzie smacznie, jak świeże ciepłe bułeczki. Mniam. Dźwiękoszczelne słuchawki na uszy i jadem..

Pierwszy kawałek. Pianino! Trochę jak Porcupine Tree, trochę jak Ulver.. Tego jeszcze nie było. Kończy się pianino i dalej stary Riverside.

Drugi.. Jakbym nie wiedział, że włączyłem utwór Riverside, pomyślałbym, że leci właśnie coś Tool’a. Coś, czego nie mogę sobie przypomnieć, ale dałbym głowę uciąć, że słyszałem to już. Dalej bez zachwytu raczej.

Po pierwszych dwóch utworach.. Hmm.. nic szczególnie zachwycającego. Boje się że tak może być do końca.. Wtedy utwórek nr 3 - Egoist Hedonist. Łoooo… Chłopaki zakombinowali nieźle w tym kawałku. Wiele nowych dźwięków elektronicznych, z których jeszcze nie korzystali (przynajmniej ja nie kojarze). Okolice minuty 2.45. Takie tum tum jak technowate wprowadzenie do utworu.  Za chwilę w tle wokal, który brzmi troche jak krzyki modlitewne Greena z Sepultury, i znów chwilkę po tym.. motyw z Bonda? James’a Bonda? Czy.. No jak w mordę strzelił motyw Bonda wymieszany z gitarowym graniem podobnym do System of a down.. Ha! Naprawdę nastawili się na kombinowanie z nowymi dźwiękami. Teraz.. minuta 6.00. Rozpoczyna się elementem kojarzonym jak najbardziej z R. Za chwilę jednak wskakuje (jak to mój kolega określił) gitarka a’la ukulele. To wprowadza delikatnie japoński nastrój. Ogólnie cały utwór jednym stumpem, bez jakiegoś większego wyrazu jak dla mnie. Tak samo jak poprzednie dwa kawałki. Niby czasami wskakuje coś ciekawego, ale za chwilę znów krzywa plątanina charakterystyczna dla większości utworów Riverside.

4. Left Out. To już balladka. Proste rytmy, bez plątania raczej. W końcu coś, co się wyróżnia na tej płycie od innych. Łagodne granie, przyjemne, z narastającą drapieżnością. Kończy się już mocniejszym, bardziej krzywym graniem. W jednym momencie wskakuje ponownie Tool’owaty przesterowany bas. Występuje też motyw elektronicznego nabijania tempa dziwnym dźwiękiem, coś na podobieńtwo dźwięku śmigła lecącego helikoptera, tylko w tempie zwolnionym. Ogólnie wg mnie utwór inny niż pozostałe balladki. Z tych wolniejszych nadal moim ulubionym zostaje “I believe” z “Out of myself”.

Piąty utwór - najdłuższy. Często używane ‘obsession’. Mnóstwo nowych dźwięków gitary i klawiszy. Momentami organy brzmią jak prawdziwe organy kościelne, czasami nawet jak te, których używają w Big Cyc. Bas niekiedy mocno przesterowany. Bardzo podoba mi się ten ciężki dźwięk.

Ogólnie określiłbym tę płytę w sposób niezbyt skomplikowany - składanka utworów nagranych przez Riverside z jakimś didżejem tekno i ogromem nowych dźwięków. Praktycznie jedno mieszanie dźwięków w krzywych rytmach. Kolejny raz póki co nie będę prześłuchiwał tej płyty, tylko włączę sobie stare kawałki, tak, żeby odpocząć. Brakuje na nowej płycie hitu, coś pokroju ‘O2 panic room’, czy ‘out of myself’. Takim jest zdanie moje.. Jednocześnie polecam do przesłuchania ten album i konfrontacji zdań. Przecież każdy ma swoje zdanie.